Ks. Franciszek Blachnicki

we wspomnieniach Edwarda Guziakiewicza

Byłem na pierwszej ONŻ


Turystyczne szlaki Beskidu Sądeckiego, a zwłaszcza Pasma Radziejowej, oraz Gorców i Pienin, a także Podhala, zapisały się trwale w mojej pamięci. Gdy przymknę powieki, oczyma wyobraźni mogę wędrować z usytuowanego nad Dunajcem malowniczego Krościenka na Lubań, na strzeliste Trzy Korony i Sokolicę, na Dzwonkówkę i Przehybę. I to bez konieczności opuszczania mieszkania i odrywania rąk od klawiatury komputera, oraz bez rozkładania mapy. Wijące się górskie dróżki i ścieżyny, które wiele razy pokonywałem z plecakiem — sam lub z różnymi grupami oazowymi — w moich wspomnieniach są rozświetlone słońcem i pełne pogody. Trudno mi nie zachłystywać się urokiem tego przyciągającego jak magnes regionu geograficznego. Z jego pięknem związała się historia ruchu oazowego, a wraz z nią losy wielu osób, które spędzały wakacje w rozrzuconych po kotlinach i zboczach górskich punktach rekolekcyjnych.

Było to trzydzieści lat temu. Dom pani Owsiankowej, wówczas gospodyni i kucharki na Kopiej Górce, został właśnie wyremontowany. Na pachnącym świeżym drewnem pięterku znalazła schronienie grupa ministrantów, uczestniczących w pierwszej, a tym samym wyjątkowej Oazie Nowego Życia. W jadalni widniały na ścianie słowa: «Nowy Człowiek, Nowe Życie, Nowa Kultura». Towarzyszył im nieodzowny starochrześcijański znak ΦΩΣ-ΖΩΗ, którego wymowę ks. Franciszek Blachnicki odświeżył i zaktualizował, przedkładając nam go przed oczy.

Pierwsza oaza dla chłopców, którą prowadził młody wówczas kapłan z diecezji włocławskiej, ks. Jerzy Bagrowicz, późniejszy długoletni redaktor naczelny «Ateneum Kapłańskiego», a następnie wykładowca Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, odbyła się w lipcu 1968 roku.

Lato było ciepłe i słoneczne, a nas wszystko cieszyło. I codzienne Msze święte, celebrowane każdego ranka w kaplicy Dobrego Pasterza, i wyprawy otwartych oczu, wzorowane na podobnych wyprawach harcerskich, ale nasycone treściami teologicznymi, i ewangeliczne rewizje życia, i piosenki o. Duvala, Cocagnaca czy s. Uśmiech, i podniecające wycieczki w góry. Dość trudno odtworzyć w szczegółach wydarzenia sprzed tylu lat. Nie pamiętam dobrze, kto z Mielca brał udział w tej historycznej oazie, bowiem z roku na rok skład ekipy wyjeżdżającej do Krościenka ulegał zmianom. Wiem tylko, że było nas pięciu. Na tej pierwszej Oazie Nowego Życia pełniłem rolę animatora, prowadząc zajęcia w jednym z zespołów. Ojciec uznał, że skoro dwukrotnie byłem już w Krościenku i ukończyłem kurs lektora, nadaję się do tej funkcji. Część zajęć, zwłaszcza przedpołudniowych, prowadził Marek Marczewski, przyszły doktor teologii KUL i publicysta katolicki, znawca zagadnień diakonatu stałego. W sprawach wychowawczych niezastąpiony był na tej oazie Jurek Siemiński, który «urywał się» z Kopiej Górki, spędzając z nami chwile wolnego czasu. Potrafił rozładować każdy chłopięcy konflikt i zaleczyć swym szerokim uśmiechem i miłym słowem każde zadrażnienie. Przepadaliśmy za jego towarzystwem i o nie się dopominaliśmy.


Po pierwszej Oazie Nowego Życia przyszła następna i pozostałem w Krościenku, dając się namówić na drugi turnus, by animować kolejny zespół chłopięcy. Tym razem na Jagiellońskiej. Tak zaczęła się moja przygoda z oazą, która trwała potem wiele lat, owocując w rezultacie studiami teologicznymi na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Lata sześćdziesiąte kojarzą mi się z punktami rekolekcyjnymi nie tylko w Krościenku, lecz także w innych miejscowościach — w Jaworkach, w Jazowsku, w Szczawie i Barcicach koło Starego Sącza, a ponadto z szeregiem osób, z którymi związały mnie młodzieńcze przyjaźnie. Trudno nie wspomnieć przy tej okazji o animatorach z Mielca, którzy chętnie angażowali się w pracę oazową, o Janie Bajorze, późniejszym kapłanie diecezji tarnowskiej, czy o Januszu Gruchale, pracowniku naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Poznaliśmy ks. Kazimierza Mazura, wówczas wikarego w Końskich, również przywożącego chłopców do Krościenka. Z jego ekipy szczególnie utkwili mi w pamięci: Jacek Jędrzejewski, późniejszy ordynator neurologii szpitala w Miechowie i katechista neokatechumenatu oraz Józef Hernoga i Artur Hejda, późniejsi kapłani diecezji sandomierskiej, a następnie radomskiej. Przez moją pamięć przewija się ponadto wiele innych osób, które na różne konkretne sposoby współtworzyły początki ruchu oazowego. W Jaworkach poznałem alumna Jana Chrapka, później biskupa pomocniczego diecezji toruńskiej i delegata Episkopatu Europy ds. środków społecznego przekazu w Europie Środkowo-Wschodniej. I tak dalej, i tak dalej...


Co pozostało we mnie z tamtych lat? Kiedy stawiam sobie to pytanie i usiłuję na nie odpowiedzieć, przychodzi mi na myśl ostrożny zarzut, jaki stawiano ruchowi oazowemu w latach siedemdziesiątych. Utrzymywano z odrobiną lekceważenia, iż jest tylko ruchem młodzieżowym i że w związku z tym przegrywa z poważniejszymi ruchami odnowy z Zachodu, angażującymi dorosłych. W Krościenku na Kopiej Górce oponowano z oburzeniem przeciw tej fałszywej tezie, przypominając o różnych formach pracy z ludźmi starszymi. Dziś sądzę, że to oburzenie nie było wcale potrzebne. Fakt, iż ruch oazowy w tamtych dziesięcioleciach skupiał głównie młodzież, stanowił o jego niepodważalnym atucie, którego nie posiadały tamte, z pozoru «dojrzalsze» ruchy. Kiedy bowiem z perspektywy lat ocenia się rezultaty pracy apostolskiej, rzuca się nieodparcie w oczy, że naprawdę owocują te formy ewangelizacji, które zostały stworzone nie z myślą o ludziach dorosłych, lecz właśnie o nastolatkach. Można by zaryzykować twierdzenie, że właśnie w tym wieku wartości eklezjalne najsilniej się przyswaja i najszybciej chłonie.

Kto zaakceptował program oazy, w której uczestniczył, oraz zaangażował się w budowę złożonej z rówieśników wspólnoty, a ponadto przyjeżdżał na kolejne rekolekcje oazowe przez kilka lat z rzędu, zwykle pozostawał już na całe życie w pewien sposób naznaczony wewnętrznie. Dziedziczył coś, co można by nawet nazwać quasi-charakterem sakramentalnym. Tego się potem nie traciło. Było to jak ewangeliczny talent, którego nie dawało się już zakopać w ziemi...


Tekst opublikowany w czasopiśmie «Oaza» (marzec — kwiecień 1998, s. 7)  i dostępny na stronie internetowej Ruchu
Światło-Życie.

więcej


Menu

Inne

Z oazą na ty

Vademecum animatora Ruchu Światło-Życie

więcej

Wakacje w Izraelu

Dramat, scena młodych, slang

więcej

Szukanie Boga

Dramat, scena młodych, slang

więcej

Randka

i inne opowiadania

więcej

Do autora

Edward Guziakiewicz w Internecie

więcej