Ks. Franciszek Blachnicki

we wspomnieniach Edwarda Guziakiewicza

W labiryncie życia


Pytania o to, co zawdzięczam Ruchowi Światło-Życie i o to, jak wpłynął na mnie i moje wybory życiowe, powróciły do mnie z mocą dnia 1 kwietnia 2000 roku, gdy uczestniczyłem w uroczystości sprowadzenia doczesnych szczątków Sługi Bożego, ks. Franciszka Blachnickiego do Krościenka nad Dunajcem. Msza święta w kościele parafialnym była dla mnie prawdziwym doznaniem. Ujrzałem przed sobą nie tylko Ojca, żywego, z krwi i kości, ale i zarazem całą moją rozświetloną słońcem młodość. Uzmysłowiłem sobie, że Ruch nie tylko zorientował mnie na wartości eklezjalne, których poza nim zapewne nigdy bym nie odkrył, ale i wręcz niezatarcie wpisał się w moje życie. Powiem więcej: stał się jakby cząstką mnie samego. Nie ma w tych stwierdzeniach ani cienia przesady. Teraz, gdy mam już na karku pięćdziesiątkę, widzę wyraźnie, że w «górnej i chmurnej» młodości wchłonąłem w siebie to wszystko, czym żyło się na Kopiej Górce w Centrum Ruchu Żywego Kościoła, a potem Ruchu Światło-Życie. Narodziłem się tam poniekąd jako chrześcijanin i zarazem jako człowiek — i nie mogę się tego wyprzeć, tak jak stawiające pierwsze samodzielne kroki dziecko nie może się wyprzeć swych naturalnych rodziców.

Moja przygoda z Ruchem Światło-Życie rozpoczęła się w 1966 roku. Ówczesny wikary parafii MBNP w Mielcu, ks. Zygmunt Bochenek, zabrał grupę ministrantów na wakacyjne rekolekcje do Krościenka. W 1967 roku uczestniczyli oni w jednym z pierwszych w Polsce kursów lektorów, a w 1968 roku piątka z nich brała udział w pierwszej historycznej Oazie Nowego Życia. Byłem od samego początku w tym gronie, by potem samodzielnie przyjeżdżać do Krościenka i angażować się w pracę animatora. Liczba oaz, w których osobiście uczestniczyłem, wydaje mi się — po latach — wręcz imponująca. Było ich przeszło dwadzieścia. Odbywały się nie tylko w Krościenku, ale i w innych malowniczych miejscach Beskidu Sądeckiego i Gorców, nie mówiąc o Tatrach. Chętnie wracam wspomnieniami do Jaworek, Szczawy, Jazowska, Czorsztyna (Podbrzezie), Sromowców Wyżnich (Wygon), Dursztyna, Barcic, do Zakopanego (Skibówki), czy do Lublina, Klemensowa i Zakroczymia, gdzie odbywały się zimowe kursy animatorów.

Pierwszym i zasadniczym wyborem życiowym, którego w rezultacie tego dokonałem, był wybór studiów. Zdecydowałem się na teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, widząc w niej alternatywę dla moich zainteresowań ścisłych. Trafiłem na tzw. kurs B, przewidziany dla osób świeckich. Co ciekawe, już na pierwszym roku studiów uzmysłowiłem sobie, że góruję nad wieloma kolegami i koleżankami z roku nie tylko przygotowaniem teoretycznym, ale także umiejętnościami artykulacji złożonych zagadnień teologicznych. Nie wzięło się to z próżni. Było następstwem «oddychania» tym, czym «oddychało się» w Krościenku i na oazach. Tam nasiąkłem wiedzą o Soborze Watykańskim II i podjąłem wysiłek zapoznawania się z jego dokumentami, tam odkryłem posoborową liturgię Kościoła, tam też zaczęła się moja przygoda ze Słowem Bożym, ściśle związana z osobistą lekturą Nowego Testamentu. Tam ponadto — prowadząc ewangeliczne rewizje życia, kręgi biblijne czy pisząc komentarze do czytań mszalnych — uczyłem się stosować w praktyce trudny język teologiczny.


Nabyte w ten sposób i pogłębione podczas dziesięcioletnich studiów umiejętności sprawiły, że stosunkowo łatwo było mi podjąć wyzwania, wiążące się z pracą dziennikarza katolickiego. Jakkolwiek musiałem długo się starać o to, by język publicystyki, którą uprawiałem, stał się językiem warsztatowo dopracowanym i dojrzałym, to wszakże równocześnie nie sprawiały mi większych kłopotów podejmowane tematy teologiczne. Z czasem lista pism katolickich, na łamach których — bądź to sporadycznie, bądź to na zasadzie stałej współpracy — zamieszczałem moje teksty urosła do blisko dwudziestu. Sądzę też, że moja nieśmiała eseistyka była dość dobrze odbierana. Utwierdził mnie ostatnio w tym przekonaniu — m. in. — ks. prof. dr hab. Piotr Nitecki z Wrocławia, oceniający «szkice teologiczne Edwarda Guziakiewicza, jednego z pierwszych polskich świeckich teologów». Uznał on mianowicie, że tenże świecki teolog «od wielu już lat w sposób kompetentny i atrakcyjny podejmuje różnorakie problemy teologiczne z pogranicza wiary i ludzkiego życia». To wszystko — bądźmy szczerzy — nie było by możliwe bez formacji ruchu oazowego.

O innych moich wyborach decydowały bliższe związki z Ojcem i wpływ jego charyzmatycznej osobowości na mój system wartości i osobiste zainteresowania. Jako student pierwszego roku teologii mieszkałem w tym samym domu na Sławinku, w którym spędzał czas, pracował i wypoczywał Ojciec podczas swoich pobytów w Lublinie. Pamiętam dobrze stojące w jego pokoju na piętrze wielkie biurko, przy którym zasiadał, zabierając się z piórem w ręku i kartami białego papieru do pracy twórczej. Podobnie jak inni, dbałem o to, aby wtedy było cicho w domu. Ta cisza miała w sobie coś nieomal sakralnego. Rzucane półszeptem słowa «Ojciec pracuje!» nie wymagały komentarza i sprawiały, że każdy kto tam wstępował, starał się nie robić hałasu. Z obrazem pochylonego nad biurkiem ks. Franciszka Blachnickiego głęboko się utożsamiłem i wpłynął on na mój późniejszy styl pracy i jej rodzaj. W własnym odczuciu pracowałem nie tyle wtedy, kiedy zajmowałem się rozlicznymi sprawami bytowymi, ale raczej wtedy, kiedy siadałem przy maszynie do pisania i wkręcałem w wałek kolejną kartkę białego papieru. Do dzisiaj zresztą nie wyobrażam sobie, że mógłbym w inny sposób wyrażać się zawodowo. Ten swoisty wzorzec zapewne sprawił, że mimo rozmaitych trudności przez całe lata regularnie «zasiadałem do pracy», tworząc «do szuflady» i wypełniając ją setkami zapisanych maszynowo kart papieru. W rezultacie tego — jak się okazało po piętnastu latach literackich i publicystycznych poszukiwań i eksperymentów — znalazły się w tej szufladzie cztery powieści, tom nowel, tomiki opowiadań i wiele innych książek o zróżnicowanym charakterze. Zobligowano mnie do podsumowania i prezentacji tego sporego już dorobku przy okazji zakładania witryny internetowej.


Ale życie ludzkie to nie tylko praca zawodowa, a obok «actio» jest również «contemplatio». W Ruchu Światło-Życie uczyłem się modlitwy. Muszę wszakże przyznać, że doświadczając tam ogromnego bogactwa, jakie ofiaruje współczesnemu człowiekowi chrześcijaństwo, gdzieś «zagubiłem» po drodze parafię. Bliskie memu sercu liturgie były dość często sprawowane w małych grupach, czy to oazowych, czy późniejszych akademickich, czy wreszcie neokatechumenalnych. Kochałem się ponadto we Mszy świętej «sine populo». Trudno się zatem dziwić, że ukształtowanemu na oazowych wzorach intelektualiście i indywidualiście nieznośnym wydawał się anonimowy tłum kasłających wiernych w ogromnym jak hala produkcyjna kościele. Sam osobiście o wiele dogłębniej spotykałem Boga w przyrodzie, a na Jego obecność w jej pięknie jestem — w duchu oazowych wypraw otwartych oczu — do dziś niezwykle uwrażliwiony. Bliskie są mi więc teksty biblijne, wskazujące na tę naturalną drogę dochodzenia do Stwórcy. Wspaniałe cedry Syjonu pobudzały pobożnego Izraelitę do szukania Pana wszechrzeczy. Autor Listu do Rzymian przypominał o tym, że przez obserwację przyrody można dojść do odkrycia istnienia Boga (por. Rz 1, 19 — 20). Na wspomnianym tekście biblijnym wspiera się — o czym zawsze pamiętam — dogmat wiary o możliwości naturalnego poznania Boga przez rzeczy stworzone.

Z drugiej strony patrząc, moja pobożność została ponadto ukształtowana pneumatologicznie — i to również nie bez wpływu Ruchu. Byłem bliskim świadkiem tego, jak po raz pierwszy w Krościenku doszło na oazie studenckiej do przebudzenia charyzmatycznego. Ta nieomal namacalna obecność Ducha Świętego, manifestująca się poprzez charyzmaty, towarzyszyła mi potem podczas studiów teologicznych. Łapczywie sięgałem po pozycje książkowe i opracowania z obrębu pneumatologii i lgnąłem do lubelskich wspólnot charyzmatycznych, choć nigdy sam daru modlitwy językami nie otrzymałem. To sprawiło — między innymi — że studiując na kursie wyższym teologii, zapisałem się na wykłady z pneumatologii prawosławnej, prowadzone przez o. prof. dr hab. Wacława Hryniewicza. Ten ostatni rys mojej osobistej pobożności znalazł potem wyraz w powieści «Wakacje w Izraelu», w której zaznacza się silnie wątek charyzmatyczno-przebudzeniowy.

A wracając do Ojca! Wywierał on wpływ na mnie również na inne sposoby. Wspomnę na koniec, że uczyłem się od niego umiłowania piękna. Z zainteresowaniem śledziłem dzieło upiększania Centrum Światło-Życie w Krościenku, którego się podjął łódzki artysta, Wiesław Daroch. Może też dlatego po latach sam chętnie zabrałem się za przygotowywanie dwóch książek, poświęconych mieleckim artystom, malarzom i rzeźbiarzom, ze szczególną radością witając jednocześnie wystosowany pod koniec lat dziewięćdziesiątych przez papieża Jana Pawła II «List Ojca świętego do artystów».


Oazom rekolekcyjnym zawdzięczam ponadto wiele przydatnych w życiu umiejętności praktycznych. Rozpieszczony w domu, trzymany z dala od prac fizycznych i goniony jedynie do nauki, nauczyłem się na nich rąbania drewna na opał, rozpalania ognia pod płytą wiejskiego pieca, obierania ziemniaków, napychania sienników sianem i przygotowywania posiłków dla kilkudziesięciu osób, nie mówiąc o innych sprawnościach, związanych — na przykład — z prowadzeniem zajęć w małej grupie, poruszaniem się szlakami turystycznymi po górach czy czytaniem mapy. To wszystko przydało mi się w dojrzałym życiu, zwłaszcza po założeniu rodziny. Warto podkreślić inny jeszcze aspekt oazowej edukacji. Jak wiadomo, w latach siedemdziesiątych służby specjalne deptały Ojcu po piętach, nękając go na różne sposoby, co znajdowało potem wyraz w rozprawach w kolegiach do spraw wykroczeń, nie mówiąc o dłuższych procesach sądowych. Szykanowani byli — między innymi — gospodarze, wynajmujący mieszkania uczestnikom oaz. Ojciec świetnie sobie radził z atakami na siebie i ruch oazowy, poruszając się bez trudu w gąszczu paragrafów prawnych. Był znakomity w sprawach proceduralnych. A znając przepisy, umiał również przekonać nas, byśmy się w razie potrzeby do nich odwoływali. Poszedłem za nim tym śladem, zaś mając rozwinięty zmysł logiczny, chętnie sięgałem potem po akty prawne. Do dziś lektura kodeksu cywilnego czy innego zbioru przepisów prawa sprawia mi podobną przyjemność jak innym zagłębianie się w intrygę powieści z kluczem kryminalnym.

Wyniesione z oaz rekolekcyjnych ukierunkowanie na pracę z młodzieżą sprawiło, że osiągnąwszy wiek dojrzały długo jeszcze angażowałem się w związane z nastolatkami przedsięwzięcia duszpasterskie. Mam tu głównie na myśli współpracę z ks. Zygmuntem Bochenkiem, Krajowym Duszpasterzem Młodzieży oraz założycielem i redaktorem naczelnym miesięcznika «Wzrastanie». Owocem tej współpracy stały się kolejne pozycje książkowe. Wspomnę o dramacie «Szukanie Boga», wydanym w 1998 roku, czy o przygotowywanej ostatnio do druku pozycji «Z oazą na ty. Vademecum animatora oazy rekolekcyjnej». Dzięki ks. Zygmuntowi Bochenkowi obie te pozycje miały w latach osiemdziesiątych swe skromne i bardzo robocze prawydania broszurowe. Idąc tym nurtem wspomnień, nawiązać jeszcze muszę do dokumentów pontyfikalnych, poświęconych młodzieży. Szczególną radość sprawił mi list apostolski «Parati semper» (Do młodych całego świata) papieża Jana Pawła II, opublikowany w 1985 roku — a pamiętając o życzliwości kard. Karola Wojtyły, okazywanej Ruchowi Światło-Życie, sam chętnie doszukiwałem się w nim śladów jego spotkań z młodzieżą na międzyoazowych dniach wspólnoty. W rezultacie zainteresowania tym dokumentem pontyfikalnym narodziła się niewielka książeczka, zatytułowana «Jan Paweł II. Wzrastanie w definicji młodości». Część zawartego w niej materiału opublikowałem już na łamach toruńskiego periodyku «Paedagogia Christiana», a całość może doczeka się wkrótce druku.


Opracowanie przygotowane na zamówienie Ruchu Światło-Życie, 2000 r.


powrót


Menu

Inne

Z oazą na ty

Vademecum animatora Ruchu Światło-Życie

więcej

Wakacje w Izraelu

Dramat, scena młodych, slang

więcej

Szukanie Boga

Dramat, scena młodych, slang

więcej

Randka

i inne opowiadania

więcej

Do autora

Edward Guziakiewicz w Internecie

więcej